00110001001100000011000000110000001000000100110101000010


00110001001100000011000000110000001000000100110101000010


"Historia na kołach się toczy..."

Jestem kolekcjonerem czasu przeszłego. Gromadzę czas, zatrzymany w materii, ręką ludzką obróconej w przedmioty, służące naszym potrzebom, wygodzie i chwale, a potem odrzucone, porzucone, skazane na proch i pył. Sentyment do przedmiotów jest nostalgią za chwilami biegnącymi w kierunku przeciwnym niż cywilizacja, coraz bardziej różniącymi się od chwil najnowszych, aż stają się abstrakcją, westchnieniem wieków. Niepokoi mnie coraz szybsze życie pojazdów mechanicznych, które czasem zajmą miejsce w rezerwacie, obok konnego wozu czy sań, częściej jednak trafiają na złomowisko, pod prasę, czasem zamieniają się w ozdobę przydomowego gródka. Obecny wiek informacji i pieniądza wymusza zakupy coraz nowocześniejszych, wygodniejszych, piękniejszych, czterokołowych rekwizytów sukcesu; super zdobycze techniki zabiegają o nasze względy, mają męskie rozmiary, kobiecy urok, przemawiają głosem celebrytów, kokietują obietnicą szczęścia absolutnego, a potem trafiają do zgniatarki, w myśl zasady - wymień starą na nową.

Moja przygoda w dziedzinie samochodowej archeologii zaczęła się w 2014 r. Korzystając z dobrodziejstw dzisiejszej techniki, postanowiłem jak to mam w zwyczaju raz na jakiś czas, przeglądnąć kilka portali ogłoszeniowych traktujących o zabytkowej motoryzacji. Przeglądanie takich portali zazwyczaj kończy się typową i uzasadnioną frustracją - zdechlaki o przystępnej cenie nadają się na dobicie a te, które rokują, czyli nadają się do remontu, dobiją każdą skarbonkę i postraszą upiorem kredytu. Po chwili wertowania ogłoszeń trafiłem na ofertę, która szybko przyciągnęła moją uwagę. Samochód na zdjęciach prezentował się przyzwoicie i od razu urzekł mnie swoim wyglądem. Elegancka i zgrabna sylwetka, duże okrągłe przednie lampy przypominające oczy, typowy kształt przedniej listwy wyglądającej jak usta oraz charakterystyczna i wyjątkowa płetwa prowadzona wzdłuż pojazdu podkreślająca oś sylwetki. Patrząc na ten model, trudno oprzeć się wrażeniu, że auto odwzajemnia nam swoje spojrzenie. To Skoda 1000 MB - zawsze miałem słabość do tego modelu. Pomimo , że model ten w 2014 r. skończył 50 lat, to dziś na tle współczesnych konstrukcji, prezentuje się niezwykle dostojnie i bez zbędnej przesady można nazwać go Damą szos. Projektowana z pasją, na którą wtedy był czas. Precyzja detalu, solidność materiału, unikatowe rozwiązania techniczne, kondycja fizyczna, cnoty dzisiaj archaiczne, a nieustępujące walorom współczesnych małolatek, o krótkim i błyskawicznym cv. Uczciwość tej damy, zaprojektowanej do długiej służby człowiekowi dyskwalifikuje dzisiejsze kokietki. Pojazdy z tamtego okresu, dziś mogą być niezastąpioną inspiracją dla współczesnej myśli motoryzacyjnej. Ten konkretnie model liczył sobie lat 46 i choć upływ czasu zrobił swoje, wizualnie miał się całkiem dobrze, a co najważniejsze nadal był w pełni sprawny fizycznie !

Tak zniewolony, wykonałem telefon do właściciela i poznałem ostatnią niespełna 20-letnią historię Damy. Miała w tym okresie dwóch wiernych właścicieli. Pierwszy był z nią związany przez lat 7, ale eksploatował ją tylko w okresie czteroletnim i nie dziwię mu się, że oszczędzał cacko. Obecny właściciel umieścił swój nabytek w garażu, czcząc go przez lat 10, odkurzając i głaszcząc, zatem nie napracowała się Dama na polskich szosach ponad stan, aczkolwiek lenistwo takie nie służy stworzeniom, przeznaczonym do ruchu i pędu. Ewentualne niespodzianki - wady ukryte, nie dały się zdemaskować na zdjęciach ani przez telefon, dlatego siłą rzeczy należało udać się na spotkanie z mrocznym przedmiotem pożądania, odległym o 500 kilometrów. Auto - według informacji - na chodzie, ale 500 km polskich szos byłoby dla weteranki-emerytki zabójcze. Należy dla niej zorganizować transport kuszetką, jak na prawdziwą Damę przystało. Trzeba wypożyczyć lawetę na kategorię B i nabyć nową umiejętność, metodą ćwiczeń, prób i błędów, ale z jaką motywacją!

Nie ochłonąwszy ani trochę, nazajutrz, w towarzystwie wyruszyłem po Damę. Po 6 godzinach tułaczki krajowymi szosami i bezdrożami, pouczani przez gps, dotarliśmy w nieistniejące dla nowoczesnej kartografii miejsce. Wiedziałem, że takie perełki jaką niewątpliwie jest skoda 1000 MB, można znaleźć właśnie w takich , zapomnianych przez cywilizację miejscach. Właściciel objął nas serdecznie, jakbyśmy przyjechali w konkury do panny niemłodej, i pozwolił nam zajrzeć jej w zęby i pod szatki. Szatki w porządku, blacharka ze śladami trądziku i cellulitu, prosi o peeling i lifting, lecz wnętrze - zasługuje na kapitalną chirurgię wielonarządową - zawieszenie, silnik a nawet tapicerka woła skalpela. Lecz któż z nas jest bez wad?

Po krótkiej auto-prezentacji przyszedł czas na jazdę próbną. To było coś. Muszę przyznać, że była to najbardziej ekstremalna przejażdżka w moim życiu, a z jazdą jaką dotychczas znałem miała niewiele wspólnego. Byłem przygotowany, na to że zawieszenie nadaje się do remontu, a prawa opona jest rozszarpana, ale ten krótki odcinek jazdy na polnej drodze utwardzonej przejeżdżającymi od czasu do czasu ciągnikami, przypominał raczej żeglugę jachtem przy wietrze 4 w skali Beauforta. Kto żegluje ten wie :) Najważniejsze jednak było to, że auto pomimo trudów z jakimi musiało się zmierzyć bez oporu poddawało się wszystkim poleceniom prowadzącego. Dla mnie test był zaliczony - dlatego postanowiłem nie ulegać dalszym namowom właściciela i nie sprawdzać granic możliwości naszej weteranki, tym bardziej , że podczas krótkiego szkolenia zapomniano wspomnieć o hamowaniu, które w obecnym stanie technicznym polegało na poddaniu się swobodnemu wytracaniu prędkości, co na szczęście na polnej drodze sprawdzało się dość skuteczne. Aby sfinalizować transakcję, należało podjąć decyzję, i była to moja samodzielna próba charakteru, ponieważ mój towarzysz, którego zainteresowania nie błądzą po tych samych drogach i bezdrożach, co moje, nabrał wody w usta i ani mru mru. To znaczy, coś tam wspomniał o szaleństwie, ale paradoksalnie jego opinia jedynie pomogła mi podjąć właściwą decyzję. Nawet kalendarzowa trzynastka nic nie wskórała, wóz i przewóz, powiedziałem sobie i wyciągnąłem do właściciela rękę po jego moją Damę.

Na wątpliwości przyszedł czas w drodze do Krakowa. W swoich decyzjach staram się nie oglądać za siebie, teraz robiłem to co chwila, spoglądając w lusterko wsteczne, w którym tkwiły, wpatrzone we mnie oczy mojej już Skody. Wczesnym rankiem zamknąłem Damę w garażu, z nadzieją, a raczej postanowienim, że nie będzie to dalsza jej niewola, na następne 10 lat. Tamtego dnia, w całym kraju odnotowano pięć głównych wygranych w lotto. Historia nabrała rumieńców...

Moim celem i marzeniem zarazem, było ocalenie tego pięknego produktu i pamiątki technicznej sprzed 46 lat. Nie będę szczędził sił na miarę swoich możliwości aby uratować od zapomnienia egzemplarz modelu, który w świecie motoryzacji wyznaczał nowe standardy i okazał się niekwestionowanym bestsellerem nie tylko w Czechosłowacji ale także za granicą. Ta krótko spisana historia jest owocem moich emocji, jakie żywię do historii techniki.

Jarosław Szalony
Prądnik Czerwony